OPINIE

.:: Zobacz najnowsze opinie o kursie


Fragment wywiadu z M. Walczyńskim w Radiu Zachód (2008-04-19)


Opinie osób z kursu, który odbył się w Gołuchowie 7 - 19 kwietnia 2011:

   

 

Moje wrażenia odnośnie kursu j. angielskiego metodą sugestopedii prowadzoną przez Mirosława Walczyńskiego w dniach 7-19/03/2011.

Sama metoda i jej skuteczność przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Od pierwszego dnia byliśmy w stanie poznać wiele słów a co najważniejsze je zapamiętać. Od 34 lat mieszkam poza krajem i kilkakrotnie zaczynałam uczyć się tego języka. W czasie uczenia metodą tradycyjną zapał do nauki mijał po kilku dniach gdyż następowało szybkie zmęczenie psychiczne a uczenie się słówek na pamięć w celu zapamiętania na dłużej po prostu nudne i potrzebuje wiele czasu. Metoda sugestopedii przez to, że wprowadza wiele elementów takich jak śpiew, śmiech i relaks pozwala na szybkie zapamiętywanie przeciętnego materiału i jego utrwaleniu. Bardzo ciekawym dla mnie odczuciem, było to że ucząc się języka angielskiego poczułyśmy się lekko i wróciła radość dziecka, najczęściej utracona w czasie zawirowań życiowych w wieku dorosłym. Wszelkie blokady mijają w ciągu pierwszych dni i otwarcie się na myśleniu w języku angielskim daje nam możliwość kontynuowania dalszej nauki. Ponieważ Pan Mirek Walczyński stosując tę metodę wprowadza wiele elementów z różnych dziedzin (jako że jest człowiekiem z niezmiernie rozciągniętym wachlarzem zainteresowań) lekcje te były fantastyczne. Wracam do domu (Niemcy) z tą świadomością, że przebrnęłam przez barierę, która wcześniej hamowała u mnie nuczanie się j. angielskiego.
Dziękuję Panie Mirosławie i polecam wszystkim zainteresowanym tę szybką i wspaniale wypracowaną metodę sugestopedii.

Gołuchów Maria Gritsh 19/03/2001

 

Nauka angielskiego metodą sugestopedii wg mnie jest najlepszą i najbardziej skuteczną metodą jaką do tej pory poznałam. Kurs przeniósł moje najśmielsze oczekiwania. Jest to zasługa Mirka Walczyńskiego, który stworzył niesamowitą przyjazną atmosferę dzięki, której nauka angielskiego była lekka, miła, przyjemna, radosna i skuteczna.
Polecam każdemu, kto chce w ciągu 2 tyg. przeżyć niesamowitą podróż z grupą, sobą i prowadzącym o niezwykłej osobowości,bogactwie talentów w wiedzy,mądrości, intuicji które wykorzystywał adekwatnie do sytuacji osoby...
Z podziękowaniami i radością

Gołuchów 19/03/2011 Dana


Opinie osób z kursu, który odbył się w dniach 9-21.07.2007 w Zielonej Górze:

     

     


Opinie osób z kursu, który odbył się w dniach 18-30.07.2005 w Zielonej Górze:

     

     

 


Bylam na kursie z Mirkiem Walczynskim w czerwcu 2007. Juz w lipcu
mialam okazje na zywo rozmawiac z Robertem Kiyosaki. Zaprosilam go do
mojego klubu CASHFLOW 7:30 RANO:) i mimo oniesmielenia rozumialam co
mowi, sama tez dalam rade powiedziec kilka zdan.
Gdy w grudniu 2007 na zaproszenie Irenki Polkowskiej Rutenberg
wyladowalam na nowojorskim lotnisku JFK i przy Imigration zobaczylam
pana w mundurze, ktory zadawal mi pytania, ogladal paszport i mial
zgodzic sie na moj pierwszy pobyt w USA, tylko sie usmiechnelam i w
duchu i na zewnatrz- bo w pamieci mialam scene, podczas ktorej na
zajeciach Mirek ubrany w uniform polskiego listonosza odgrywal z nami
scene odprawy paszportowej i bagazowej.

Od tamtej pory bylam w USA 4 razy, na 7 szkoleniach warsztatowych z
Robertem Kiyosaki i jego doradcami. I choc poczatki byly trudne-
wiecej rozumialam niz umialam powiedziec ze wzgledu na specyficzne
slownictwo, z kazdym razem bylo lepiej. W podrozy- przy zagubieniu
bagazu i przy opoznieniach lotu, przy spoznieniu na samolot i
koniecznosci przelozenia lotu zawsze dawalam rade samodzielnie sie
dogadac. Oprocz 5 wyjazdow do USA, bylam tez w Peru, Boliwi, Chile, na
2 szkoleniach w Londynie, jednym w Sztokholmie, kilku w Rosji oraz na
negocjacjach biznesowych we Wloszech prowadzonych po angielsku. Przez
poltora roku co tydzien uczestniczylam w 2 godzinnych
telekonferencjach po angielsku. Zawsze dawalam rade. Jestem otwarta na
rozmawianie po angielsku i z Polakami i obcokrajowcami, jak widzie, ze
moge byc pomocna, sama sie wyrywam, zeby cwiczyc i praktykowac.

Nigdy nie uczylam sie angielskiego w szkole ani na studiach. 17 lat
temu chodzilam przez pol roku na lekcje prywatne, 12 lat temu przez
pol roku na kurs. Po kursie z Mirkiem bylam otwarta na mowienie,
czesto mimo swiadomosci, ze nie mowie doskonale. Dodatkowo teraz mam
potrzebe uzywania angielskiego w codziennym zyciu- w kontaktach z Rich
Dad, Toastmasters.
A ze cwiczenie czyni mistrza, wiec cwicze.

Roznorodnosc form nauki, jakie stosuje Mirek pozwala swiadomosci sie
wylaczyc i ...zaczac sie bawic angielskim. Kameralne grupy sprzyjaja
nawiazaniu relacji i wspolnej "zabawie w nauke". Wewnetrzny krytyk nie
ma co robic. Koncerty Mirka na bebnie i piosenki, ktore spiewalismy
dodatkowo niepostrzezenie nas ucza a my przy tym sie swietnie bawimy.

Polecam Mirka i jego kursy.

Beata Suchodolska,
CASHFLOW Club Trainer- Poland


Podziekowania za wspanialy kurs angielskiego i nie tylko.

Witaj Miroslawie,
przesylam moja opinie o kursie angielskiego i prosze o zamieszczenie jej w
opiniach uczestnikow na Twojej stronie.
Moja przygoda z angielskim zaczela sie przed niespelna dwoma laty gdy
zostalem " zmuszony" w pracy do korespondencji i konwersacji po angielsku.
Kursy angielskiego byly dla mnie, schorowanego i bedacego ciagle na
zwolnieniach lekarskich, mordega i katorga. Nie umialem sie skupic i nic
zapamietac a wkoncu przerywalem je. Wierzylem w duchu ze istnieje jednak
jakies wyjscie i szukalem jakiegos natchnienia w polskim internecie.
Dziekuje losowi ze zaprowadzil mnie na strone pana Walczynskiego
www.zcs.com.pl i dzis wiem ze niebyl to przypadek. Caly czas nurtowal mnie
tylko jeden problem, czy zdolam fizycznie to wytrzymac, czy niebede znowu
chory, jak przesiedziec 10 godzin na zajeciach kiedy tu, na normalnym kursie
nie wytrzymywalem nawet dwoch godzin lekcyjnych w tygodniu.
Odwazylem sie na ten krok majac nadzieje nie tylko na mozliwosc nauki
angielskiego ale i na mozliwosc w wolnym czasie porozmawiania z panem
Walczynskim o moich wieloletnich problemach zdrowotnych, ktorych
konwencjonalna medycyna nie umiala nalezycie zdiagnozowac i leczyc.
Dzieki panu Walczynskiemu jeszcze w trakcie trwania kursu odstawilem
wszystkie lekastwa na nadcisnienie i dowiedzialem sie co mi wlasciwie jest i
jak mam wracac to zdrowia. Czy wiesz co to za ulga kiedy widzisz jeszcze
przyszlosc dla siebie?
Pan Walczynski stworzyl na kursie wspanialy klimat do nauki i dzis angielski
nie jest da mnie stressem.
Ten kurs zaliczam do moich najwiekszych przygod, tu spotkalem wspanialych
ludzi, tu spotkalem moja przyszlosc.

Piotr Lomowski
lomop@arcor.de


Artykuł z miesięcznika "Gwiazdy Mówią" 18/2010 - 02.05.2010

"MÓZG UCZY SIĘ NA WESOŁO"

Do sali wkroczył mężczyzna w szkockiej spódnicy, eleganckiej koszuli i czapce na głowie. Przywitał się po angielsku, uśmiechał, zagadywał. Nikt mu nie odpowiedział. Większość zgromadzonych w pokoju osób nie znała ani słowa po angielsku. "Szkot" nie zraził się chłodnym powitaniem, zaczął tańczyć, ani na chwilę nie przestając mówić. Wszyscy zgromadzeni w pokoju byli co najmniej zdumieni. Nie tak wyobrażali sobie lekcję i nauczyciela angielskiego.


Angielski jest dobry do tańca i różańca.

- To był szok... - mówi Alina Kierzkowska. - Zajęcia były inne niż wszystko, czego do tej pory doświadczyłam. Żadnych czytanek, ćwiczeń, sprawdzianów. A mimo to w dwa tygodnie nauczyłam się języka w takim stopniu, że mogę się w nim swobodnie porozumiewać.
Pani Alina zdecydowała się na kurs angielskiego za pomocą sugestopedii, ponieważ zawiodło ją wszystko inne. Uważała się za antytalent językowy. Dziś zmieniła zdanie, zrozumiała, że nie mogła sobie dać rady z angielskim, ponieważ nie wierzyła w swoje możliwości.

Na lekcjach prowadzonych metodą sugestopedii uczeń cały czas jest bombardowany informacjami, bez przerwy coś się dzieje, zmienia. Na nudę, moment nieuwagi, zastanawianie się "czy dam radę" po prostu nie ma czasu.

- Chodzi o to, żeby wyciszyć lewą półkulę mózgową odpowiedzialną za wszystkie funkcje świadome - wyjaśnia nauczyciel, Mirosław Walczyński. Kursanci w 2 tygodnie opanowują około 1500 słówek i 300 zwrotów, czyli tyle, ile przewidziane jest na rok tradycyjnej nauki. Podczas każdego dnia zajęć zapamiętują ponad sto słów.

- Gdy nauka jest zabawą, słówka same wchodzą do głowy - mówi Joasia Nowak. - Nauczyciel w czasie zajęć bardzo często się przebiera. Udaje żołnierza, lekarza, recepcjonistę - w zależności od tego, jakie słownictwo omawia. Zmienia modulację głosu, gesty, mimikę. Znaczenie niektórych pojęć objaśnia ruchem. Nie sposób tego zapomnieć. Pewnego dnia losowaliśmy karteczki z różnymi zwrotami; każdy musiał objaśnić przy pomocy gestów, co oznacza dane słowo. Kolega, który jest raczej opływowych kształtów, wyciągnął czasownik: chudnąć. Pokazywał na swój zaokrąglony brzuszek, udawał, że płacze...

Twórcą sugestopedii jest profesor Łozonow, który obecnie prowadzi szkołę sugestopedii w Waszyngtonie. Naucza w niej różnych przedmiotów. Na przykład, cztery lata medycyny można przerobić w przeciągu trzech miesięcy.

Dyplom tej szkoły uznawany jest na równi z tymi uzyskiwanymi w tradycyjnych uczelniach. Chętnych jest zawsze więcej niż miejsc, mimo że kurs jest bardzo drogi - kosztuje 30 tysięcy dolarów.
- Zajęcia są ciekawsze niż najbardziej pasjonujący dreszczowiec - żartuje Jan Guzek. - Pewnego dnia pan Mirek przebrał się za oficera służby granicznej. Nachalnie domagał się dokumentów, czepiał się, że nie mam pieczątki w paszporcie, wypytywał o moją pracę, zarobki, rodzinę. Tak mnie zezłościł, że dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawę, że cały czas kłóciłem się z nim po angielsku!
- Przed zajęciami umiałam tylko jedno zdanie po angielsku: I love you - dopowiada Lucyna Walkowiak. - Teraz nie mogę się doczekać upragnionej wycieczki do Londynu... Słowa same wpadały mi w ucho, powtarzaliśmy je przy muzyce, wyklaskując rytm... Zapamiętałam wszystko bez najmniejszego wysiłku.
- Przez dwa tygodnie żyłam w innym świecie - zamyśla się Joanna Król. - Każdy z nas przybrał "angielską" tożsamość. Wymyśliliśmy sobie imiona, fikcyjne zawody, rodziny. Ja, która jestem kobietą w wieku więcej niż średnim, obarczoną trójką dzieci, stałam się wolną, świetnie zarabiającą plastyczką. Po siedmiu dniach nauki opowiadałam grupie o moich wyimaginowanych podbojach miłosnych!

W sugestopedii kluczową rolę odgrywa nauczyciel. Nie wystarczy doskonała znajomość języka, botrzeba wykazać się wiadomościami z zakresu psychologii, pedagogiki; mieć talent aktorski, muzyczny i znakomity głos.

Nasza pamięć przypomina ogromne miasto, w którym łatwo się zagubić. Jeśli chaotycznie wrzucamy do niego informacje, to one same sobie wybierają miejsce zamieszkania i możemy już nigdy ich nie odnaleźć. Dlatego ważne są skojarzenia. Bez nich jesteśmy w stanie zapamiętać naraz minimalną ilość informacji - około siedmiu. Choć oczywiście są wyjątki. Przy większej ilości materiału konieczne jest tak zwane wkuwanie, ale ten rodzaj zapamiętywania bardzo męczy mózg, który pracuje najlepiej, gdy się bawi. Na tym bazuje sugestopedia. Wykorzystuje ona też wiedzę na temat skojarzeń. Dzięki nim nasza pamięć przestaje mieć ograniczenia. Według Księgi rekordów Guinnessa, 9-10 marca 1987 roku Japończyk Hideaki Tomoyori wyrecytował z pamięci liczbę pi do 40 tysięcy miejsc po przecinku, co zabrało mu 17 godzin 21 minut (w tym 15-minutowe przerwy co 4 godziny). Podobno Hideaki, ucząc się, każdą cyfrę łączył z jakimś zwierzęciem albo przedmiotem i stworzył w ten sposób historię, której odtworzenie nie było już takie trudne.

Jeżeli ktoś chce nauczać według tej metody, musi ukończyć podyplomową szkołę sugestopedii w Genewie, zdać egzamin i uzyskać licencję.
- Egzamin w Genewie zdałem 10 lat temu - wyjaśnia Mirosław Walczyński. - Nie każdemu się udaje. W sugestopedii zadaniem nauczyciela jest nie tylko nauka języka, musi on także poznać psychikę studentów, sprawić, żeby zniknęły blokady w umyśle, które utrudniają im zapamiętywanie. Podstawą jest rozluźnienie uczniów. Po pierwszym dniu wie, jak dotrzeć do danej osoby. Do niektórych najbardziej przemawia muzyka, do innych odgrywane scenki, kolor, ruch. Dlatego też na zajęciach jest tak dużo pomocy: na ścianach wiszą zabawne plansze, gra odpowiednia muzyka.


Nauczyciel na posterunku, czyli Mirosław Walczyński

- Stosuję najróżniejsze rekwizyty, zabawki, piłki, rysunki, a nawet gong. Przygotowanie dwutygodniowego kursu zajmuje kilka miesięcy, ważna jest kolejność wprowadzanego słownictwa, dobranie rysunków, piosenek. Nic, co dzieje się podczas zajęć, nie jest przypadkowe! Chodzi o wywoływanie nieprzerwanego ciągu skojarzeń. Na zajęcia trafiają ludzie o różnym stopniu znajomości języka, niektórzy nigdy nie mieli kontaktu z angielskim, inni latami, ale bez większych rezultatów uczyli się w szkole. Najmłodszy student chodzi do gimnazjum, najstarszy skończył 68 lat. Nie ma to znaczenia. Grupa liczy maksimum dziesięć osób. Daje to nauczycielowi możliwość dopasowania poziomu do wszystkich słuchaczy.

Po każdym dniu zajęć odbywa się "kodowanie". Nauczyciel wprowadza słuchaczy w stan alfa, czyli głębokiego relaksu. Przy dźwiękach muzyki czyta materiał przerobiony na lekcji.

- Oczy same się zamykały... - mówi Karolina. - Podobne uczucie miałam podczas medytacji. Zapomniałam, gdzie jestem. Docierał do mnie wyłącznie głos pana Mirosława. Wydawało mi się naturalne i oczywiste, że mówi po angielsku. Rozumiałam każde słowo, a co najdziwniejsze - wydawało mi się, że znam ten język od dawna, jest mi bliższy niż polski!
Przed snem każdy kursant musi przeczytać skrypt z przerobionym słownictwem.
- Gdy wracałem do domu, nie mogłem przestać myśleć o zajęciach - wyjaśnia Krzysztof Jaśkowiak. - W moim umyśle ciągle się coś otwierało... Na przykład, wystarczył szum wody i przypominałem sobie, jak pan Mirek "był" żeglarzem. Najdziwniejsze jednak spotkało mnie w nocy. Śniłem po angielsku!

Anna Forecka


Artykuł z miesięcznika "Wróżka" nr 7/2000 - str. 86, 87

"NAUKA BEZ STRESU"

 

Magda zawsze uważała się za antytalent językowy. Po angielsku umiała powiedzieć tylko "proszę" i "dziękuję". Któregoś dnia koleżanka powiedziała jej o "tajemniczym" sposobie nauczania. Żartowała, że czyni on cuda. I tak Magda trafiła na nietypowy kurs angielskiego - metodą sugestopedii.

- Dziś mogę powiedzieć, że zdarzył się cud - mówi Magda.
Lingwiści obliczyli, że w ciągu roku nauki języka tradycyjnymi metodami opanowuje się około 1500 słów i 300 zwrotów. Dzięki sugestopedii można przyswoić tyle samo w dwa tygodnie!
Czy to nie cud?
- Kurs nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi metodami - wyjaśnia Mirosław Walczyński, nauczyciel.
- Spotykamy się codziennie na sześć godzin. Grupa składa się maksimum z dziesięciu osób. Cały czas mówię tylko po angielsku. Nie ma podręczników, zeszytów, nudnych ćwiczeń, czytanek, kolumn słówek do wkucia. Wszystko odbywa się w formie zabawy. Dlatego w tej metodzie bardzo ważny jest nauczyciel. Musi całkowicie rozluźnić i zrelaksować uczniów, inaczej mówiąc, zasugerować im, że mogą i potrafią się nauczyć. Gdy w naszej psychice nie ma blokad, wiedzę przyswaja się bardzo szybko.

Belfer w szkockiej spódnicy

Pierwsze zajęcia były dla wszystkich szokiem. Nie znający się ludzie wymieniali najpierw uśmiechy i czekali na nauczyciela. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł ... mężczyzna ubrany jak Szkot. Powitał wszystkich nienaganną angielszczyzną.

 

- Nie mogliśmy powstrzymać śmiechu - mówi Asia.
- Na dodatek Szkot zaczął tańczyć... Wszystko, co mówił natychmiast objaśniał gestami i ruchami ciała. Było to całkowicie zrozumiałe. Potem wylosowaliśmy angielskie imiona i nazwiska. Odtąd byłam lekarką Anną Porter.

Każdy kursant, otrzymuje nową tożsamość, własne problemy zostawiał za drzwiami. W miarę poznawanych słów mógł coraz więcej opowiedziec o sobie i swoim "nowym" życiu.
- To był pełny relaks - wspomina Agnieszka.
- Żadnego wkuwania. Odgrywaliśmy przedstawienia, scenki. W dodatku nauczyciel na koniec każdego spotkania wprowadzał nas w stan alfa. Słuchaliśmy specjalnie dobranej muzyki, a on czytał nam materiał z zajęć. Zapamiętywaliśmy słowa, całe zwroty. A jednak nie było w tym najmniejszej przypadkowości.
- Różniłam się od tych, którzy zaczynali od zera - mówi Danuta.
- Angielskiego uczyłam sie w liceum, ale nigdy nie rozmawiałam w tym języku. Bałam się, miałam tysiące oporów. Zresztą zawsze byłam zamknięta w sobie i bardzo nieufna. Po pierwszych zajęciach uwierzyłam we własne siły. Coś we mnie pękło, sama nie wiem, dlaczego. W jednej chwili przypomniało mi się wszystko, czego się do tej pory nauczyłam. Tak, jakby ktoś mnie nagle obudził. Patrzyłam na Mirka i czułam podświadomie, że biją od niego jakieś pozytywne prądy.

Jak Andrzej polubił Andrzeja

Mirosław Walczyński uważa, że języka obcego nie nauczy się tylko człowiek... głuchy. Wszelkie trudności w nauce mają źródło w naszej psychice. Tak było z Andrzejem.
- Byłem zdołowany, zniechęcony, nic mi się w życiu nie układało. Sam nie wiem, dlaczego zapisałem się na kurs - mówi Andrzej.
- Zamiast siedzieć w domu i rozmyślać, postanowiłem się czymś zająć. Gdy przestałem być sobą, a zostałem Johnem, wszystko się zmieniło. Do dziś pamiętam, jak opdowiadałem, że John to silny facet, który potrafi sobie ze wszystkim poradzić. Polubiłem go, a przy okazji siebie... Nauka odbywała się codziennie i nie mogłem się doczekać tych spotkań. Obcy, przypadkowi ludzie stali mi się bliscy. Wiedzę przyswajaliśmy niejako "przy okazji" i nie sprawiało to najmniejszago trudu. Dziś jestem przekonany, że musiałem trafić na ten kurs, do tego człowieka. Po trzech tygodniach nauki do firmy, w której pracuję , przyjechał kontrahent z Londynu. Mogłem porozumieć się z nim bez tłumacza!
Mirosław Walczyński starannie przygotowuje zajęcia. Dobiera piosenki, inscenizację, nawet rodzaj muzyki. Nie ma sprawdzianów, złych stopni, ale kontroluje postępy każdego kursanta.
- Wiem, kto w jakim stopniu przyswoił materiał - opowiada Mirosław Walczyński.
- Gdy ktoś "odstaje", natychmiast reaguję. Zajęcia prowadzone są w szaleńczym tempie, cały czas coś się dzieje.Chodzi o to aby wyciszyć lewą pułkulę mózgową odpowiedzialną za wszystkie funkcje świadome. Inaczej mówiąc, nie daję czasu na analizę, zadawaniu sobie pytań typu: czy jestem w stanie zrozumieć, czy dam radę...
- Co mi najbardziej utkwiło w pamięci?- wspomina Jerzy.
- Każdy z nas wylosował kartkę z napisanym jednym czasownikiem. Trzeba go było głośno przeczytać i wytłumaczyć reszcie, co on oznacza...przy pomocy gestów. Przypadło mi słowo: przepraszać. Padłem przed sąsiadką na kolana, złożyłem ręce... Miałem ogromną satysfakcję kiedy wszyscy się domyślili, o co mi chodzi. Swoją drogą nigdy nie przypuszczałem, że ja, stateczny ojciec rodziny, będę zdolny do takiego zachowania!

Odlotowa metoda na licencji

 

Na ścianach sali wiszą zabawne rysunki. Każdy przedstawia konkretną sytuację opisaną po angielsku. A podświadomość kursantów wszystko koduje... po dwóch tygodniach kurs się kończy. Każdy z uczestników podkreśla, że była to przygoda, odskocznia od codzienności i znakomite doświadczenie.

- Co dalej? - uśmiecha się Mirosław Walczyński.
- Proszę by wszyscy uczyli się, obojętnie w jaki sposób. Jeśli przez dwa miesiące nie będa mieli styczności z językiem, w pamięci zostanie im dwadzieścia procent tego, czego się nauczyli.Dzięki sugestopedii w trzy dni mogą przypomnieć sobie cały przyswojony materiał.
Mirosław Walczyński skończył podyplomową szkołę sugestopedii w Genewie i ma licencję na nauczanie tą metodą. Pracuje jednak tylko z początkującymi, choć w ten sposób można uczyć na każdym poziomie.
- Niestety, musiałbym mieć inną licencję, która jest bardzo droga. Oczywiście, mógłbym opracować własną metodę, ale zajęłoby mi to ponad dziewięć miesięcy. Najpierw trzeba ułożyć listę słów, napisać teksty do scenek, w którym każde nowe słowo powtarza się najmniej trzy razy... Na razie nie mam na to czasu - mówi.
Uczniowie są jednak nie ubłagani. Twierdzą, że kto raz spróbował tej odlotowej metody, nie chce wracać do podręczników, monotonnych ćwiczeń i stresujących sprawdzianów.

Anna Forecka